60 lat brzeskiego oddziału Caritas

Zofia Sitarz
"Cokolwiek uczyniliście jednemu z moich braci najmniejszych, mnieście uczynili" - te słowa wypowiedziane przez Jezusa i zapisane na kartach Ewangelii mocno zapadły w serce księdzu proboszczowi Jakubowi Stosurowi, który ...

"Cokolwiek uczyniliście jednemu z moich braci najmniejszych, mnieście uczynili" - te słowa wypowiedziane przez Jezusa i zapisane na kartach Ewangelii mocno zapadły w serce księdzu proboszczowi Jakubowi Stosurowi, który 60 lat temu powołał do życia oddział brzeskiego Caritasu. Pierwszym prezesem został nauczyciel Józef Piątkowski, który szukał osób pragnących, podobnie jak on, poświęcić się pracy charytatywnej w parafii.
- Czasy były ciężkie, tuż po wojnie. Bieda była dolegliwością powszechną, a potrzebujących wsparcia było w Brzesku sporo. Samotni, chorzy, nie potrafiący poradzić sobie z własnymi problemami - wspomina Janina Wąs, jedna z założycielek i długoletnich działaczek Caritasu.

Pomoc dzielona demokratycznie
Miasto podzielone było na rejony, każdy z nich miał swojego opiekuna, który w różny sposób starał się pomagać. Pierwszymi opiekunkami były same panie: Rozalia Domańska, Helena Głąb, Janina Kowalczyk, Rozalia Kopeć, Czesława Krzyżak, Maria Zydroń, Maria Michaliszyn, Janina Stelmach i Janina Wąs. O rodzaju pomocy, wysokości zapomóg czy doraźnego wsparcia decydowano wspólnie na zebraniach. Potrzebujących obdarowywano produktami spożywczymi, odzieżą, pieniędzmi na zakup opału na zimę czy ziemniaków. Szczególną opieką otaczano rodziny wielodzietne. Pamiętano także o patologicznych rodzinach alkoholików.
Pod koniec lat 50. zorganizowano pierwszą w mieście świetlicę, w której dzieci mogły odrabiać lekcje i zjeść ciepły posiłek. Dziesięć lat później zaczęto organizować imprezy dla dzieci oraz wyjazdy kolonijne. Najbiedniejsze dostawały stypendia, które umożliwiały im ukończenie szkół średnich.
- Już w początkachdziałalności wprowadzaliśmy zwyczaj dokształcania. Wyznaczona osoba wygłaszała wykład, a po nim rozpoczynała się dyskusja. Tematy dotyczyły nauk Kościoła i codziennych ludzkich problemów, zawsze skłaniały do refleksji. Omawialiśmy także bieżące sprawy miasta, reagowaliśmy na wydarzenia bulwersujące czy niepokojące mieszkańców - wspomina i podkreśla, że pracownicy Caritasu z niezwykłą starannością prowadzili sprawy finansowe. Skarbnik dokładnie przedstawiał sprawozdania kasowe, nad którymi na zebraniach dyskutowano i wyjaśniano celowość poszczególnych wydatków. Zawsze wspólnie decydowano, jakiej pomocy i w jakiej wysokości udzielić danej rodzinie czy osobie.

Nie tylko finansowo
Pani Janina mówi, że chodzenie do sponsorów i proszenie o pomoc dla najuboższych nie jest bynajmniej wymysłem najnowszych czasów. A niewielu było wówczas ludzi, którzy ich wesprzeć mogli. Mieszkańcy Brzeska długo odbudowywali z powojennych zniszczeń swoje domostwa, na nowo urządzali swoje życie. Dużo było sierot, wdów, osób samotnych.
- Ktoś przyniósł jakąś sukienkę, buty albo coś do jedzenia. A my przekazywaliśmy to najbardziej potrzebującym. Dawniej takie były czasy, że ludzie swojej biedy się wstydzili, po pomoc przychodzili tylko ci, których zmusiły do tego okoliczności - dodaje.
Caritas świadczył nie tylko pomoc finansową, ale także duchową. Wolontariusze wspierali ludzi w rozwiązywaniu różnych problemów rodzinnych. Członkowie Caritasu odwiedzali swoich podopiecznych w domach, rozmawiali z nimi, przynosili czasopisma, wspomagali radą, prowadzili do lekarza. I tak było do 1969 roku.
- Na 21 lat brzeski Caritas oficjalnie przestał istnieć. Brak chętnych do pracy oraz niesprzyjająca atmosfera polityczna to były główne przyczyny. Nie znaczy to jednak, że o ludziach najbardziej potrzebujących zapomniano. Pomagano im i wspierano ich w inny sposób. Parafialny oddział Caritas reaktywowany został dopiero przez księdza Zygmunta Bochenka, który rok wcześniej objął parafię pod wezwaniem św. Jakuba - mówi Maria Kucia.
Grupa osób, skupionych wokół ks. Tadeusza Wiszniewskiego, postanowiła bezinteresownie służyć potrzebującym. Najpierw były to cztery osoby: Maria Wąsik, Janina Chrabąszcz, Maria Kucia i Józef Markowicz. Ponieważ jednak ludzi potrzebujących pomocy wciąż przybywało, oddział się rozrastał. Teraz działa w nim 11 pań, które mocno wierzą w zbawczą siłę dobra i dlatego pracują z wielkim poświęceniem i zaangażowaniem.
- Dyżury prowadzimy w każdy wtorek - mówi Maria Kucia. - Wydajemy żywność i odzież. Od ubiegłego roku współpracujemy z Fundacją
Profilaktyki Wychowawczej, rozdaliśmy żywność o wartości 40 tysięcy złotych blisko 200 rodzinom. Dwa razy w roku najbiedniejsi dostają paczki żywnościowe na święta. Organizujemy kolonie i inne ormy wypoczynku dla dzieci z rodzin wielodzietnych, ubogich. Od 1990 roku z tej formy pomocy skorzystało około 1100 dzieci i młodzieży. Od 2001 roku Caritas uruchomił jadłodajnię dla ubogich, którą codziennie odwiedza około 120 osób. I są to nie tylko mieszkańcy Brzeska, ale także z sąsiednich miejscowości. Pracownicy oddziału włączają się w organizację wielu imprez i uroczystości. Wszystkich nie sposób wymienić. Jak podkreślają panie z Caritasu, działalność mogą prowadzić dzięki otwartym i czułym sercom parafian, dzięki datkom hojnie wrzucanym do skarbony św. Antoniego.
– Poprzez Caritas także parafia realizuje wiele swoich zadań. Bo Caritas to nie tylko pomoc materialna, ale też duchowa. Organizujemy pielgrzymki, wyjazdy modlitewne i wiele innych. Brzeski oddział Caritasu jest jednym z najbardziej prężnych w całej diecezji tarnowskiej. To wyłącznie zasługa niezwykłych ludzi, którzy w nim pracują – podkreśla ks. Józef Drabik, proboszcz parafii pw. św. Jakuba.

Bieda niejedno ma imię
Nawet długoletnich działaczy Caritasu nachodzi czasem refleksja, jak daleko może i powinna posunąć się pomoc udzielana ubogim.
- Niestety, pomoc częściowo ludzi demoralizuje - twierdzi Janina Wąs. - Dobrze, że jest parasol ochronny, który rozkłada się nad biednymi, jednak mieszczą się pod nim także tacy, którym pomoc z różnych względów się nie należy. Do pracy trudno ludzi znaleźć, a podobno bezrobocie jest takie wysokie. Wielu nauczyło się, że pomoc im się należy i już.
Maria Kucia jest zdania, że biednych ludzi wciąż przybywa i, co zaskakujące, są to ludzie młodzi.
- Przyczyny takiego stanu rzeczy są bardzo złożone - tłumaczy. - Są niezaradni życiowo, nie każdy ma odwagę wyjechać za chlebem za granicę. Są tacy podopieczni Caritasu, którzy przychodzą po pomoc i traktują to, jak coś najzwyklejszego pod słońcem. Jest jednak w dalszym ciągu wielu ludzi biednych, którzy się tego wstydzą i do takich właśnie wolontariusze starają się docierać.
- Są też tacy, którzy przychodzą i na dzień dobry traktują nas niezbyt miłym słowem. Ale my to rozumiemy. Już sam fakt przyjścia po pomoc jest dla niektórych dużym stresem, są zdenerwowani - dodaje Maria Kucia.
- Często spotykam się z podopiecznymi naszego oddziału Caritasu – mówi proboszcz Drabik. - Jest wśród nich wiele osób, które mogłyby pójść do pracy, zacząć normalnie żyć, próbować dźwigać się z biedy.
Sam wielokrotnie proponowałem niektórym osobom, żeby przyszły wypielić grządki przed kościołem, ale nigdy żadna z nich z propozycji tej nie skorzystała.

Ćwiczenia WOT w pasie przygranicznym z Białorusią

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie